Historia odcinkowego pomiaru prędkości w Kolbuszowej Górnej ciągnie się już od ponad dekady. O urządzeniu pisaliśmy jeszcze wtedy, gdy dopiero zapowiadano montaż bramek nad krajową "dziewiątką". Już w 2014 roku CANARD tłumaczył, że system będzie wyliczał średnią prędkość pojazdu na kontrolowanym odcinku, a właściciel auta - tak jak przy klasycznym fotoradarze - dostanie wezwanie do wskazania kierowcy. Wtedy chodziło o odcinek liczący 3,6 km.
Sam wybór lokalizacji też nie był przypadkowy. Jak tłumaczył Łukasz Majchrzak z CANARD, decydował przede wszystkim stan bezpieczeństwa i liczba zdarzeń drogowych spowodowanych nadmierną prędkością.
To właśnie ten argument wracał później najczęściej. Odcinkowy nie miał być ozdobą przy drodze ani maszynką do zarabiania. W założeniu miał studzić zapędy kierowców tam, gdzie droga przecina normalne życie mieszkańców.
Mieszkańcy chcieli spokoju, kierowcy - płynnej jazdy
Od początku było jasne, że wokół odcinkowego zderzą się dwa światy. Z jednej strony byli mieszkańcy Kolbuszowej Górnej, którzy od lat patrzyli na krajową "dziewiątkę" nie jak na trasę przelotową, ale jak na drogę biegnącą przez środek miejscowości. Z drugiej - kierowcy, dla których każda dodatkowa kontrola była po prostu kolejnym utrudnieniem.
Ten spór z czasem tylko narastał. Część mieszkańców przekonywała, że odkąd urządzenia zaczęły działać, zrobiło się bezpieczniej. W jednym z naszych wcześniejszych materiałów sołtys Jan Fryc mówił wprost:
Odkąd urządzenia działają, nie mieliśmy poważniejszego wypadku. Wyłącznie jakieś stłuczki na tym odcinku.
Dodawał też, że wcześniej na tym fragmencie drogi bardzo często dochodziło do śmiertelnych zdarzeń.
Po drugiej stronie byli kierowcy i część samorządowców, którzy alarmowali, że ograniczenie do 50 km/h na tak długim fragmencie drogi hamuje ruch, tworzy zatory i sprawia, że wielu kierowców nadrabia potem czas kilka kilometrów dalej.
Odcinkowy w Kolbuszowej Górnej nigdy nie był więc tylko urządzeniem. Był symbolem większego sporu - o to, czy ważniejsza jest płynność przejazdu, czy bezpieczeństwo ludzi mieszkających przy drodze.
Przebudowa drogi zmieniła wszystko
Potem przyszła przebudowa układu drogowego, budowa ronda i łącznika. Odcinkowy został wyłączony, jedna z bramek przeniesiona, a cały kontrolowany fragment skrócony.
To nie był drobny lifting. To była realna zmiana systemu. Dziś z danych urządzenia wynika, że odcinek ma 2525 metrów w kierunku Rzeszowa i 2524 metry w kierunku Radomia. W obu kierunkach obowiązuje ograniczenie do 50 km/h, a lokalizacja nadal figuruje jako teren zabudowany. Urządzenie pracuje jako Unicam VELOCITY3 o numerze fabrycznym CAM15001385. Aktualne świadectwo legalizacji ponownej obowiązuje do 3 stycznia 2027 roku.
To ważne, bo pokazuje, że odcinkowy nie jest dziś reliktem dawnych inwestycji. System formalnie działa i nadal jest utrzymywany.
Mandatów mniej, ale wciąż dużo
Przez lata liczby robiły wrażenie. W 2020 roku odcinkowy w Kolbuszowej Górnej zarejestrował prawie 5,8 tys. wykroczeń. Rok później było ich około 2,2 tys. W 2022 roku - 3400. W 2023 roku liczba spadła do 2505, czyli o 895 mniej niż rok wcześniej.
Jeszcze świeższe dane pokazują, że system wciąż ma pełne ręce roboty. W 2024 roku w Kolbuszowej Górnej wystawiono 1856 mandatów. Dla porównania w Widełce, gdzie działa fotoradar, było ich 1231, a w Majdanie Królewskim 1123 (tam również znajduje się fotoradar). Sama Kolbuszowa Górna pozostaje więc najmocniej "pracującym" punktem na tej części DK9. Te dane dobrze pokazują jedno: choć liczba naruszeń spada, problem z prędkością nie zniknął.
Można to czytać na dwa sposoby. Albo kierowcy rzeczywiście zwolnili, albo po prostu nauczyli się już tego jednego miejsca. I, nie oszukujmy się, druga wersja też pachnie prawdą.
Fot. Archiwum Korso
Raport NIK rzucił cień
Wszystko skomplikowało się jeszcze bardziej po ustaleniach Najwyższej Izby Kontroli.
W wystąpieniu pokontrolnym dotyczącym Okręgowego Urzędu Miar w Krakowie NIK napisała wprost, że legalizacja odcinkowych pomiarów prędkości była prowadzona "niezgodnie z rozporządzeniem" oraz "nierzetelnie". Izba negatywnie oceniła fakt, że podczas wszystkich 11 legalizacji odcinkowych pomiarów w Polsce wykonywanych w badanym okresie nie sprawdzono poprawności wskazań dla 10 różnych prędkości w każdym kierunku.
W przypadku odcinka Kolbuszowa - Kolbuszowa Górna NIK wskazała konkretnie, że przeprowadzono 10 pomiarów, ale system dwukrotnie zmierzył te same wartości - m.in. 45 km/h i 54 km/h w jednym kierunku oraz 50 km/h i 52 km/h w drugim. A rozporządzenie, jak przypomniała Izba, wymaga sprawdzenia dla 10 różnych wskazań w każdym kierunku i "nie przewiduje od tego żadnych wyjątków".
To nie jest detal dla urzędników. To jest problem dla każdego kierowcy, który dostał mandat i dla każdego urzędu, który chce być traktowany poważnie.
NIK: mandaty można podważać
Najmocniejszy fragment raportu jest właściwie bezlitosny. NIK stwierdziła, że błędy popełnione podczas legalizacji przyrządów do pomiaru prędkości powodują "istotne ryzyko możliwości podważenia wyników pomiarów przez kierowców i zakwestionowania nałożonych na nich mandatów".
To zdanie waży dużo. Bo nie chodzi o publicystyczne machanie rękami, że "może coś było nie tak". Chodzi o wniosek państwowej instytucji kontrolnej, która wprost wskazała ryzyko podważania kar.
Trzeba jednak zachować porządek i nie popłynąć w tanią sensację. NIK nie stwierdziła, że urządzenie w Kolbuszowej Górnej mierzyło źle. Stwierdziła, że procedura legalizacji była przeprowadzana wadliwie. To nie jest to samo. Ale dla zaufania do całego systemu różnica i tak jest zabójcza.
Urząd się tłumaczył. NIK nie odpuściła
W dokumentach pokontrolnych znalazło się także wyjaśnienie dyrektora OUM. Tłumaczył on, że podczas przejazdów wykonywanych przy otwartym ruchu drogowym "nie zawsze można zachować stałą prędkość na całym odcinku", dlatego zdarzało się, że uzyskiwane wyniki były do siebie zbliżone. Według niego podobne wartości i podobne błędy wskazań miały potwierdzać powtarzalność działania urządzenia.
NIK tego tłumaczenia jednak nie kupiła. Wprost podkreśliła, że obowiązujące rozporządzenie wymaga 10 różnych wskazań w każdym kierunku i nie daje tu żadnej furtki.Krótko mówiąc: urząd tłumaczył rzeczywistością drogową, NIK odpowiadała przepisami.
Formalnie urządzenie działa dalej
Co ciekawe, mimo wątpliwości opisanych przez NIK, urządzenie w Kolbuszowej Górnej nie zniknęło z systemu. Przeciwnie - ma kolejne świadectwa legalizacji. Jedno obowiązywało do 4 stycznia 2026 roku, kolejne obowiązuje do 3 stycznia 2027 r. W aktualnym dokumencie zapisano wprost, że przyrząd "spełnia wymagania określone prawem i może być użytkowany zgodnie z obowiązującym prawem w okresie ważności legalizacji".
To oznacza, że odcinkowy nie jest dziś urządzeniem zawieszonym w próżni. Działa, mierzy i nadal pilnuje kierowców. Ale po raporcie NIK każda kolejna legalizacja jest już oglądana dużo uważniej.
Źrodło: canard.gitd.gov.pl
Co dalej? NIK odpowiada
Po publikacji raportu zapytaliśmy Najwyższą Izbę Kontroli, czy po jej ustaleniach system w Kolbuszowej został już ponownie zalegalizowany zgodnie z pełną procedurą. Odpowiedź jest konkretna: NIK nie dostała od Głównego Urzędu Miar potwierdzenia, że tak się stało.
Rzecznik prasowy NIK Bartłomiej Pograniczny przekazał naszej redakcji, że dyrektor Okręgowego Urzędu Miar w Krakowie poinformował Izbę o podjęciu działań na rzecz realizacji wniosków pokontrolnych, ale sama NIK po zakończeniu kontroli nie sprawdzała już poprawności legalizacji urządzeń pomiarowych. Jak zaznaczono, za te działania odpowiada Okręgowy Urząd Miar w Krakowie.
Rzecznik NIK odniósł się również do kwestii mandatów. Jak poinformował, wnioski pokontrolne przewidywały obowiązek powiadomienia Głównego Inspektora Transportu Drogowego o stwierdzonych nieprawidłowościach w sposobie legalizacji urządzeń. Okręgowy Urząd Miar w Krakowie miał poinformować GITD 23 października 2023 roku. Sama informacja o wynikach kontroli została też przekazana m.in. do Prezesa GUM, Głównego Inspektora Transportu Drogowego, Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Ministra Rozwoju i Technologii.
Jednocześnie NIK przypomniała bardzo ważną rzecz: uchylenie prawomocnego mandatu karnego jest możliwe tylko w ściśle określonych przypadkach i w krótkim terminie. Jak przekazano w mailu do naszej redakcji, osoba, która przyjęła mandat, powinna złożyć wniosek do sądu rejonowego właściwego dla miejsca jego wystawienia, ale samo unieważnienie mandatu jest możliwe w ciągu 7 dni od daty jego przyjęcia i tylko wtedy, gdy mandat nałożono za czyn niebędący wykroczeniem.
Na DK9 będzie jeszcze ciaśniej
GITD szykuje kolejne urządzenie na tarsie DK9 w powiecie kolbuszowskim. W Cmolasie trwa montaż nowego fotoradaru przy DK9. Jak informowaliśmy, sprzęt jest finansowany z Krajowego Planu Odbudowy, a termin uruchomienia ma zostać podany po zakończeniu instalacji. W samym 2024 roku trzy istniejące urządzenia na tej trasie - w Widełce, Majdanie Królewskim i Kolbuszowej Górnej - wystawiły łącznie ponad 4,2 tys. mandatów.
To rodzi pytanie, którego nie da się już zbyć wzruszeniem ramion: czy kolejne kamery rzeczywiście poprawiają bezpieczeństwo, czy tylko coraz szczelniej oplatają kierowców systemem kontroli?
Komentarze (0)