Ponad trzy dekady w służbie lasu, droga od stażysty do komendanta i setki interwencji, które zmieniały się wraz z rzeczywistością wokół. Mariusz Kobylarz ma 52 lata i mieszka w Porębach Dymarskich. Od 1993 roku związany jest z Lasami Państwowymi, a funkcję komendanta Posterunku Straży Leśnej pełni nieprzerwanie od 2001 roku. Jak sam przyznaje, jego zawodowa ścieżka przebiegała podobnie jak u wielu leśników - od pracy w terenie, przez stanowisko podleśniczego, aż po służbę w straży.
Po godzinach zamienia mundur na motocyklowy kask albo rusza przed siebie z detektorem metali - jako pasjonat archeologii i członek grupy poszukiwawczej V2 Team. Bo choć las to jego codzienność od lat, równowaga między pracą a odpoczynkiem okazuje się równie ważna, jak porządek w terenie, którego pilnuje.
WYWIAD - CZĘŚĆ II. Pierwsza część znajduje się tutaj: "Zakładano na nas pułapki". Komendant Straży Leśnej bez ogródek o realiach służby w terenie
Spotkał się pan z przypadkami, które pokazują, że ludzie kompletnie nie rozumieją zasad obowiązujących w lesie?
- Oczywiście. Mamy ścieżkę wypoczynkową Maziarnia, położoną bezpośrednio przy zbiorniku w Wilczej Woli. W miesiącach letnich, przy dobrej pogodzie, potrafi tam przebywać kilkaset, a nawet kilka tysięcy osób. Bardzo często spotykamy się z sytuacjami, gdy przy temperaturze rzędu 30 stopni w cieniu ktoś przyjeżdża z rodziną i rozpala grilla, a nawet ognisko. W takich warunkach zwykle jest bardzo sucho, a ludzie są kompletnie zaskoczeni, że nie wolno tego robić. Niestety, takie przypadki się zdarzają. Są też sytuacje, gdy ktoś wjeżdża głęboko w las i później się gubi, nie może znaleźć drogi powrotnej. Dotyczy to także osób, które wybierają się na grzyby - szczególnie starszych, które potem nie potrafią wrócić do samochodu. Takich zdarzeń jest sporo. To często wynika z braku odpowiedzialności i kończy się zgłoszeniem na policję lub do nas, a następnie akcją poszukiwawczą. Dla nas kluczowe jest bezpieczeństwo pożarowe. Jeśli pożar zostanie wykryty na wczesnym etapie, straty są niewielkie, ale może się szybko rozwinąć w pożar obejmujący kilka hektarów, powodując ogromne szkody, liczone w setkach tysięcy złotych. Dlatego zwracamy na to szczególną uwagę. Niestety, wciąż widzimy, że część osób podchodzi do tego bardzo nieodpowiedzialnie.
Nie ma taryfy ulgowej dla takich osób?
- Wszystko zależy od sytuacji, ale w przypadku działań świadomych, podejmowanych z premedytacją lub takich, które powodują większe straty, staramy się już nakładać mandaty. Chodzi o to, żeby ta osoba odczuła konsekwencje i zapamiętała, że są to poważne sprawy, których po prostu nie wolno lekceważyć.
Las „przyciąga” specyficzny typ wykroczeń lub przestępstw, których nie spotyka się w innych miejscach?
- Z racji tego, że w lesie mamy do czynienia m.in. ze zbiorem borówki, pojawiają się też specyficzne wykroczenia z tym związane. U nas są duże obszary, gdzie borówka występuje licznie, więc przy zbiorach dochodzi do różnych naruszeń - na przykład używania niedozwolonych narzędzi, tzw. zbieraczek. W efekcie, oprócz dojrzałych owoców, zrywana jest też niedojrzała borówka i liście, co prowadzi do uszkadzania roślin. Podobnie wygląda kwestia spacerów z psami. Na otwartej przestrzeni pies może nie stanowić większego zagrożenia, ale w lesie, gdzie przebywa dzika zwierzyna, w skrajnych sytuacjach może wyrządzić jej szkody, szczególnie młodym osobnikom. To są wykroczenia charakterystyczne dla terenów leśnych - poza nimi raczej się nie zdarzają. Priorytetem pozostają również pożary, o których już wspominałem. Zdarzają się też, choć na szczęście coraz rzadziej, akty wandalizmu, czyli niszczenie infrastruktury służącej społeczeństwu, jak grille czy wiaty na ścieżkach wypoczynkowych. Spotykamy się też z kradzieżami, uszkodzeniami czy nawet celowym wycinaniem drzew z czystej złośliwości.
Jak w takim razie powinniśmy zbierać borówkę, aby było to zgodne z prawem?
- Przede wszystkim borówkę zbieramy w miejscach, gdzie jest to dozwolone i bezpieczne. Jeżeli prowadzone są prace leśne, znajdują się tam tablice informacyjne i w takich miejscach nie wolno się poruszać. Zbieramy ręcznie, bez użycia dodatkowych narzędzi, nie niszcząc roślin i nie wyrywając ich. Wiosną pojawia się też czosnaczek - roślina, która w ostatnich latach zyskała na popularności. Jest on objęty ochroną częściową, więc można go pozyskiwać, ale w ograniczonym zakresie - nie wyrywamy całych roślin, tylko zbieramy pojedyncze liście. Niestety zdarzają się sytuacje, gdy ludzie przyjeżdżają z wiadrami czy łopatami, wykopują całe rośliny i próbują przenosić je do swoich ogrodów. Zwykle i tak się to nie udaje, bo wymagają one specyficznych warunków - odpowiedniej gleby i zacienienia. No ale, jak to bywa - ludzie próbują.
Co najbardziej zaskoczyłoby przeciętnego mieszkańca, gdyby zobaczył, jak wygląda wasza praca od środka?
- Myślę, że to, iż działamy również w nocy i dysponujemy zaawansowanym sprzętem do obserwacji. Ze względu na rozległość terenu nie jesteśmy w stanie wszystkiego kontrolować fizycznie, dlatego wspiera nas technologia. Dla osób z zewnątrz może być zaskoczeniem skala i poziom tego wyposażenia. Pracujemy zmianowo, w zależności od sytuacji. Standardowy dzień pracy trwa osiem godzin, ale w razie potrzeby - na przykład przy akcjach - pracujemy dłużej. Dzięki nowoczesnym rozwiązaniom nie musimy być wszędzie i o każdej porze. Warto też dodać, że posterunek Straży Leśnej to wyodrębniona komórka w nadleśnictwie, zajmująca się zwalczaniem szkodnictwa leśnego. Oprócz nas w terenie działają leśniczowie i podleśniczowie, którzy również mają obowiązek reagować na wykroczenia i przestępstwa. Są naszymi „oczami i uszami” w terenie - informują nas o różnych sytuacjach, które wymagają interwencji.
Z czym najczęściej dzwonią do was mieszkańcy?
- Najczęściej zgłoszenia dotyczą podejrzeń o nielegalnie pozyskane drewno - ktoś widzi, że sąsiad przywiózł drewno i pojawia się wątpliwość co do jego pochodzenia. W takich przypadkach staramy się pojechać na miejsce i to sprawdzić. W 99% sytuacji okazuje się, że wszystko jest legalne, a właściciel przedstawia odpowiednie dokumenty. Zdarzają się też zgłoszenia dotyczące zaśmiecania lasu. I to akurat jest pozytywny sygnał - pokazuje, że ludzie czują odpowiedzialność za wspólną przestrzeń i chcą, żeby było czysto i bezpiecznie.
Zaśmiecanie lasów to temat, który regularnie wraca jak bumerang. Jak wygląda skala tego problemu w waszym rejonie i czy coś się w tej kwestii zmienia na lepsze?
- Z doświadczenia mogę powiedzieć, że duża część zgłoszeń - nawet ponad 90% - dotyczy tak naprawdę lasów prywatnych albo poboczy dróg przebiegających przez lasy państwowe. Osoba jadąca rowerem widzi śmieci w rowie i ma wrażenie, że to teren Lasów Państwowych, ale w rzeczywistości często są to tereny należące do zarządcy drogi - powiatowe, gminne czy wojewódzkie. Oczywiście nie odżegnujemy się od tego - sprzątamy również takie miejsca, nawet jeśli formalnie nie należą do nas, żeby po prostu było czysto. Natomiast jeśli chodzi o lasy prywatne czy inne formy własności, to tam ten problem rzeczywiście częściej występuje i zdarza się, że śmieci są celowo wywożone. W lasach państwowych również sprzątamy i przeznaczamy na to duże środki, ale największe nagromadzenie odpadów dotyczy raczej ścieżek wypoczynkowych. Mimo że są tam kosze, po różnych nocnych spotkaniach czy imprezach tych śmieci bywa więcej. Jeżeli chodzi o dzikie wysypiska na terenie lasów państwowych, to można powiedzieć, że występują sporadycznie albo wcale. Jeżeli coś takiego się pojawi, bardzo szybko jest zauważane przez leśniczych, podleśniczych lub straż i od razu podejmowane są działania - zarówno w celu ustalenia sprawcy, jak i usunięcia odpadów. Często udaje się takie osoby zidentyfikować. W mediach często mówi się o śmieciach w lasach i oczywiście problem istnieje, ale mogę odpowiedzialnie powiedzieć, że w lasach państwowych jest naprawdę czysto - na bieżąco to sprzątamy. Rozumiem jednak, że dla przeciętnej osoby jadącej przez las nie zawsze jest jasne, czy to teren państwowy, czy prywatny.
A teraz bardziej osobiście - co sprawiło, że wybrał pan właśnie taką ścieżkę zawodową?
- Jeśli chodzi o Straż Leśną, jesteśmy częścią służby leśnej - podobnie jak leśniczowie czy podleśniczowie. W trakcie pracy i rozwoju zawodowego różne czynniki wpływają na to, jaką ścieżkę się wybiera. Dużą rolę odgrywają predyspozycje i zainteresowania - na przykład zamiłowanie do spraw związanych z bezpieczeństwem czy tematyką militarną, bo nie ukrywajmy, ta praca wiąże się również z użyciem broni. Poza tym jest to zajęcie zróżnicowane i ciekawe - nie ogranicza się do biura, bo dużo czasu spędzamy w terenie, o różnych porach dnia i nocy. To właśnie ta różnorodność, kontakt z naturą, ale też elementy związane ze strzelectwem i odpowiedzialnością sprawiły, że zostałem strażnikiem leśnym.
I na koniec: po pracy potrafi pan jeszcze odpoczywać w lesie, czy patrzy już na niego wyłącznie „zawodowym okiem”?
- Powiem szczerze, że po ponad trzydziestu latach pracy raczej wybieram inne formy odpoczynku - na przykład jazdę motocyklem czy po prostu różne sposoby na odreagowanie i wyciszenie. Nie znaczy to jednak, że nie lubię lasu - wręcz przeciwnie. Jeździmy chociażby w Bieszczady, więc nadal mam z nim kontakt, ale potrzebna jest pewna równowaga. Nie może być tak, że człowiek jest w pracy i po pracy cały czas w tym samym środowisku. Trzeba mieć też przestrzeń na odpoczynek w innej formie.
Komentarze (0)