reklama

„W gabinecie nie ma miejsca na wstyd”. Lek. Anna Ossolińska o urologii i walce z nowotworami [ROZMOWA]

Opublikowano:
Autor:

„W gabinecie nie ma miejsca na wstyd”. Lek. Anna Ossolińska o urologii i walce z nowotworami [ROZMOWA] - Zdjęcie główne
Autor: Archiwum prywatne | Opis: - Mam nadzieję, że swoim przykładem dodaję odwagi młodym lekarkom, aby nie rezygnowały z marzeń tylko dlatego, że ktoś kiedyś uznał daną specjalizację za „męską" - mówi w rozmowie z nami lek. Anna Ossolińska.

reklama
Udostępnij na:
Facebook
WIADOMOŚCIMogła wybrać inną drogę, ale od początku wiedziała, że chce być chirurgiem. Dziś operuje nowotwory układu moczowego, pracuje z robotem Da Vinci i przełamuje stereotypy w specjalizacji, która przez lata kojarzyła się niemal wyłącznie z mężczyznami. Z Anną Ossolińską rozmawiamy o medycynie, odpowiedzialności, pracy z mężem i teściem na jednym oddziale i o tym, dlaczego w gabinecie nie ma miejsca na wstyd.
reklama

Anna Ossolińska, z domu Gilarowska, jest specjalistą urologiem, Fellow of the European Board of Urology (FEBU) oraz zastępcą ordynatora Oddziału Urologii Ogólnej i Onkologicznej w SP ZOZ w Kolbuszowej.

Urodziła się w 1988 roku w Stalowej Woli, gdzie mieszkała do czasu rozpoczęcia studiów. Jest absolwentką Liceum Ogólnokształcącego im. Komisji Edukacji Narodowej w Stalowej Woli. Kierunek lekarski ukończyła na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, a staż podyplomowy odbyła w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSWiA w Warszawie. Doświadczenie zawodowe zdobywała również za granicą - w Klinice Urologii Uniwersytetu Ludwika Maksymiliana w Monachium oraz w Klinice Urologii Uniwersytetu Medycznego w Wiedniu.

Jest członkinią Mensa Polska, mamą dwójki dzieci i mieszka w Rzeszowie. Poza medycyną pasjonuje się tańcem, podróżami, projektowaniem wnętrz i rysunkiem. Szczególnie bliska jest jej edukacja dzieci oraz tworzenie środowiska, które wspiera ich wszechstronny rozwój. Z dużym zainteresowaniem śledzi także rozwój nowoczesnych technologii i innowacji w medycynie.

reklama

Kolbuszowski oddział urologii jeszcze kilka lat temu nie kojarzył się z tak dużą skalą operacji onkologicznych. Dziś mówi się o nim jako o jednym z mocniejszych ośrodków uroonkologicznych w kraju. W którym momencie poczuliście, że ten szpital wszedł na zupełnie inny poziom?

- To nie był jeden przełomowy moment, ale konsekwentny proces, który trwa już ponad osiem lat. Od początku naszym celem było stworzenie ośrodka, do którego pacjenci będą trafiać z przekonaniem, że otrzymają leczenie na najwyższym poziomie – blisko domu.

Zaczynaliśmy jako niewielki pododdział. Z czasem, dzięki ciężkiej pracy całego zespołu i wsparciu dyrekcji szpitala, przekształciliśmy go w pełnoprawny oddział urologii. Zwiększyliśmy liczbę łóżek, systematycznie doposażaliśmy oddział i blok operacyjny w najnowocześniejszy sprzęt oraz wdrażaliśmy nowe, małoinwazyjne metody leczenia. Równocześnie budowaliśmy zaufanie pacjentów, bo to właśnie ono jest największą miarą sukcesu każdego ośrodka.

reklama

Niezwykle ważnym filarem naszego rozwoju stała się również działalność naukowa prowadzona we współpracy z Politechniką Rzeszowską. Wyniki wspólnych badań przyniosły nam uznanie w środowisku medycznym w Polsce i stały się wizytówką naszego oddziału na arenie międzynarodowej. Jesteśmy jedynym ośrodkiem w kraju, który prowadzi badania nad metabolomiką nowotworów układu moczowego. Nasze prace publikowane są w najlepszych periodykach naukowych, także z grupy Nature.

Dofinansowanie z Krajowego Planu Odbudowy jest dla nas ukoronowaniem wielu lat konsekwentnej pracy całego zespołu. Traktujemy je nie jako cel sam w sobie, ale jako ogromną szansę na dalszy rozwój. Chcemy wykorzystać te środki w sposób maksymalnie efektywny, aby jeszcze bardziej podnieść jakość diagnostyki i leczenia oraz zapewnić mieszkańcom naszego regionu dostęp do terapii na poziomie najlepszych ośrodków w Polsce.

reklama

Jest pani pierwszą kobietą urolog na Podkarpaciu i jedną z nielicznych kobiet w Polsce, które operują - od niedawna też z wykorzystaniem robota Da Vinci. Pamięta pani sytuację, w której ktoś był wyraźnie zaskoczony, że to właśnie pani będzie operować?

- Szczerze mówiąc, jeszcze nikt nie okazał przy mnie zdziwienia, że to właśnie ja będę operować. Być może to znak, że dziś coraz częściej liczą się przede wszystkim kompetencje, doświadczenie i zaufanie pacjentów, a nie płeć. Jeśli tak jest, to bardzo mnie to cieszy.

możliwość wykonywania operacji z wykorzystaniem robota Da Vinci traktuję jako ogromne wyróżnienie. Największą satysfakcję daje mi jednak to, że była to decyzja całego zespołu. To dowód zaufania, który wiele dla mnie znaczy.

reklama

Jednocześnie mam świadomość, że za tym wyróżnieniem idzie duża odpowiedzialność. Chciałabym, aby wdrażanie chirurgii robotycznej na naszym oddziale przebiegało w atmosferze współpracy, wzajemnego wsparcia i spokoju. Wierzę, że nowoczesne technologie przynoszą najlepsze efekty wtedy, gdy stoją za nimi dobrze zgrany zespół i wspólny cel – jak najlepsze leczenie naszych pacjentów.

Urologia wielu osobom wciąż kojarzy się głównie z mężczyznami, prostatą i skrępowaniem przed wizytą. Co pani najczęściej mówi pacjentom, którzy trafiają do gabinetu późno, bo wcześniej „jakoś głupio było przyjść”?

- Nigdy nie oceniam i nie moralizuję. W gabinecie nie ma miejsca na wyrzuty sumienia – najważniejsze jest to, że pacjent w końcu zdecydował się przyjść. Skupiam się na tym, co możemy zrobić tu i teraz, aby pomóc. Rozmawiam z pacjentami, wyjaśniam, dlaczego nie warto odkładać diagnostyki i leczenia, a także zachęcam ich, by dzielili się tą wiedzą z rodziną i przyjaciółmi. Bardzo często to właśnie rozmowa z bliską osobą sprawia, że ktoś w końcu trafia do urologa. Cieszę się z każdego pacjenta, który przekroczy próg gabinetu. To pierwszy i często najważniejszy krok do skutecznego leczenia.

Pracuje pani na jednym oddziale z mężem i teściem. To brzmi jak gotowy scenariusz serialu medycznego - tylko bez reklam i z prawdziwą odpowiedzialnością. Jak wygląda taka rodzinna współpraca przy stole operacyjnym?

- Myślę, że z zewnątrz może to rzeczywiście wyglądać jak scenariusz serialu medycznego, ale w rzeczywistości jest w tym przede wszystkim dużo pracy, wzajemnego zaufania i odpowiedzialności.

Pracuje nam się bardzo dobrze. Doskonale się uzupełniamy, a kiedy zachodzi taka potrzeba, bez wahania zastępujemy się nawzajem. Łączy nas ten sam etos pracy i wspólne przekonanie, że najważniejszy jest pacjent. Nigdy nie myślimy w kategoriach: „to mój pacjent” albo „to twój pacjent”. To zawsze jest nasz wspólny pacjent i wspólna odpowiedzialność za jego leczenie.

W medycynie, zwłaszcza w chirurgii, zaufanie do osób, z którymi pracuje się na sali operacyjnej, jest bezcenne. My mamy to szczęście, że znamy swoje mocne strony, potrafimy na sobie polegać i podejmować decyzje z pełnym przekonaniem, że wszyscy gramy do jednej bramki. Myślę, że właśnie ta dobra współpraca przekłada się na bezpieczeństwo i komfort naszych pacjentów.

W pracy łatwiej jest operować z kimś bliskim, bo zna się jego sposób myślenia, czy trudniej, bo emocje rodzinne trzeba zostawić za drzwiami bloku operacyjnego?

- Zdecydowanie łatwiej. W chirurgii ogromne znaczenie ma zaufanie, a kiedy zna się sposób myślenia drugiej osoby, jej reakcje i sposób podejmowania decyzji, współpraca staje się bardziej płynna. Nie trzeba wielu słów – często wystarczy jedno spojrzenie, aby wiedzieć, co należy zrobić. To daje poczucie bezpieczeństwa i wspólnej odpowiedzialności za pacjenta.

Oczywiście nie oznacza to, że wszystko zawsze jest idealne. Jak w każdym zespole, mamy różne temperamenty, czasem odmienne spojrzenie na jakiś problem i… swoje ulubione składy operacyjne. To jest całkowicie naturalne. Najważniejsze jednak, że wszelkie różnice zostają podporządkowane jednemu celowi – dobru pacjenta.

Emocje rodzinne rzeczywiście zostawiamy za drzwiami bloku operacyjnego. Na sali operacyjnej nie jesteśmy rodziną, tylko zespołem profesjonalistów, którzy mają wspólny cel i wzajemnie sobie ufają. Myślę, że właśnie to jest kluczem do dobrej współpracy.

Zdarza się, że rozmowy o pacjentach, operacjach i szpitalu „wchodzą” z wami do domu? Macie zasadę, że po pracy medycyna zostaje w szpitalu, czy jednak przy rodzinnym stole też bywa konsylium?

- Mamy zasadę, że po wyjściu ze szpitala staramy się zostawić pracę za drzwiami. Tyle teorii… W praktyce, jak to się mówi, zasady są po to, żeby czasem je łamać.

Specyfika naszej pracy sprawia, że nie da się całkowicie odciąć od medycyny. Odpowiedzialność za pacjentów nie kończy się wraz z końcem pracy. Bardzo często jesteśmy pod telefonem, konsultujemy trudniejsze przypadki czy omawiamy plan leczenia na kolejny dzień. To po prostu wpisane jest w zawód lekarza.

Oczywiście dbamy też o to, żeby znaleźć czas dla rodziny i odpocząć. Zdarzają się chwile, kiedy naprawdę jesteśmy poza pracą – podczas urlopu czy wspólnie spędzanego czasu. Wiemy jednak, że wtedy odpowiedzialność za oddział przejmują nasi współpracownicy. Dlatego tak ważne jest budowanie silnego, kompetentnego zespołu, bo tylko wtedy każdy z nas może na chwilę odetchnąć, mając pewność, że pacjenci są w dobrych rękach.

Robot Da Vinci X brzmi dla pacjentów trochę jak medycyna przyszłości. Co w praktyce zmieni się dla mieszkańca Kolbuszowej, Mielca czy Rzeszowa, który usłyszy diagnozę: rak prostaty albo rak nerki?

- Przede wszystkim zmieni się to, że pacjenci z naszego regionu zyskają dostęp do jednej z najnowocześniejszych metod leczenia chirurgicznego raka prostaty i wybranych przypadków raka nerki, bez konieczności wyjazdu do odległych ośrodków.

Warto jednak podkreślić, że robot chirurgiczny nie jest rozwiązaniem najlepszym dla każdego pacjenta. W medycynie nie ma jednej metody, która sprawdza się zawsze i u wszystkich. O wyborze sposobu leczenia decyduje rodzaj nowotworu, jego zaawansowanie, choroby współistniejące oraz indywidualna sytuacja chorego.

Największą wartością jest to, że dzięki robotowi Da Vinci zyskujemy pełen wachlarz możliwości chirurgicznych. Będziemy mogli dobrać metodę leczenia najlepiej dopasowaną do konkretnego pacjenta – od chirurgii klasycznej aż po chirurgię robotyczną. To właśnie możliwość indywidualnego wyboru najlepszej strategii leczenia jest dziś wyznacznikiem nowoczesnej medycyny.

Wiele osób myśli, że przy robocie chirurgicznym „operuje maszyna”. Co jest największym mitem dotyczącym Da Vinci i jak naprawdę wygląda rola lekarza podczas takiej operacji?

- Największym mitem jest przekonanie, że podczas takiej operacji „operuje robot”. To nieprawda. Jest to operacja wykonywana w asyście robota Da Vinci, a robot jest jedynie – i aż – niezwykle precyzyjnym narzędziem w rękach chirurga.

To lekarz przez cały czas planuje każdy etap zabiegu, podejmuje wszystkie decyzje i wykonuje każdy ruch. System robotyczny jedynie wiernie przenosi ruchy rąk operatora na narzędzia chirurgiczne z ogromną precyzją, eliminując między innymi naturalne drżenie rąk i umożliwiając pracę w trudno dostępnych miejscach.

Warto również pamiętać, że chirurg robotyczny musi być przede wszystkim bardzo dobrym chirurgiem. Zdarzają się sytuacje, w których ze względów bezpieczeństwa konieczna jest konwersja, czyli zmiana operacji robotycznej na klasyczną operację otwartą. Umiejętność wykonywania takich zabiegów jest dziś coraz rzadsza, ponieważ wiele ośrodków wykonuje niemal wyłącznie operacje małoinwazyjne.

My o to jesteśmy spokojni. Nasz oddział od lat wykonuje bardzo dużą liczbę otwartych prostatektomii radykalnych i jesteśmy aktualnie pod tym względem najbardziej doświadczonym ośrodkiem w Polsce. Dzięki temu dysponujemy pełnym zapleczem chirurgicznym i możemy bezpiecznie dobrać oraz – jeśli zajdzie taka potrzeba – zmienić metodę operacji, zawsze kierując się dobrem pacjenta.

Kolbuszowski oddział wykonuje dużo operacji raka prostaty i raka nerki, a przy guzach nerek macie bardzo wysoki odsetek zabiegów oszczędzających narząd. Co dla pacjenta oznacza, że lekarze nie tylko usuwają nowotwór, ale próbują zachować jak najwięcej zdrowej nerki?

- To przede wszystkim oznacza większą szansę na zachowanie prawidłowej funkcji nerek również w przyszłości. Jeżeli jest to bezpieczne z punktu widzenia onkologicznego, naszym celem nie jest usunięcie całej nerki, ale wycięcie samego guza z pozostawieniem jak największej ilości zdrowego miąższu. Dzięki temu zmniejszamy ryzyko przewlekłej choroby nerek i poprawiamy jakość życia pacjenta po leczeniu.

W naszym oddziale około 80% operacji guzów nerek stanowią zabiegi oszczędzające nerkę, tzw. NSS. Co istotne, odsetek ten dotyczy wszystkich operowanych guzów nerek, a nie tylko małych zmian, które z założenia łatwiej leczyć w ten sposób.

To bardzo ważny wskaźnik jakości leczenia. Wysoki odsetek operacji oszczędzających narząd jest charakterystyczny dla ośrodków o dużym doświadczeniu i wysokich kompetencjach chirurgicznych. Wymaga bowiem nie tylko odpowiedniego zaplecza technicznego, ale przede wszystkim doświadczenia zespołu operacyjnego. Dla pacjenta oznacza to, że otrzymuje leczenie zgodne z najnowocześniejszymi standardami – skuteczne onkologicznie, a jednocześnie maksymalnie oszczędzające zdrowy narząd, gdy tylko jest to możliwe.

Jakie objawy powinny zapalić człowiekowi "czerwoną lampkę", jeśli chodzi o układ moczowy? Co najczęściej pacjenci bagatelizują, a później okazuje się, że nie warto było czekać?

- Jest kilka objawów, których absolutnie nie wolno bagatelizować. Na pierwszym miejscu wymieniłabym krwiomocz, czyli widoczną gołym okiem krew w moczu, oraz krwinkomocz, wykrywany w badaniu ogólnym moczu. To objawy, które zawsze wymagają konsultacji urologicznej, nawet jeśli pojawiły się tylko raz i nie towarzyszy im ból.

Przy tej okazji chciałabym zaapelować również do lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej – każdy pacjent z krwiomoczem lub niewyjaśnionym krwinkomoczem powinien zostać skierowany do urologa. To specjalista decyduje, czy konieczna jest pogłębiona diagnostyka. W wielu przypadkach przyczyną są schorzenia łagodne, ale czasami właśnie w ten sposób po raz pierwszy ujawniają się nowotwory układu moczowego.

Szczególną czujność powinni zachować palacze tytoniu. To grupa o istotnie zwiększonym ryzyku zachorowania na nowotwory układu moczowego, zwłaszcza raka pęcherza moczowego. U nich nawet pojedynczy epizod krwiomoczu powinien być sygnałem do pilnej diagnostyki.

Profilaktyka jest równie ważna jak szybka reakcja na objawy. Młodzi mężczyźni, do około 40. roku życia, powinni raz w miesiącu wykonywać samobadanie jąder. Jeśli wyczują jakąkolwiek zmianę, zgrubienie lub zauważą coś niepokojącego, powinni zgłosić się do urologa.

Z kolei po 45. roku życia warto rozpocząć coroczne oznaczanie stężenia PSA oraz regularne kontrole urologiczne, nawet jeśli nie występują żadne dolegliwości. U mężczyzn, u których rak prostaty występował w rodzinie, taką profilaktykę należy rozpocząć już około 40. roku życia. Im wcześniej wykryjemy chorobę, tym większe są szanse na skuteczne, a często także mniej inwazyjne leczenie.

Gdyby mogła pani wysłać jedną wiadomość SMS do wszystkich mężczyzn po 45. roku życia z powiatu kolbuszowskiego, co by w niej było?

- Najlepszy moment na badanie jest wtedy, gdy nic ci nie dolega. Po 45. roku życia raz w roku wykonaj badanie PSA i zgłoś się do urologa. Zdrowie warto mieć pod kontrolą.

A co z kobietami? Urologia nie dotyczy przecież tylko mężczyzn. Z jakimi problemami kobiety najczęściej trafiają do urologa i kiedy nie powinny zwlekać z wizytą?

- To prawda – urologia zdecydowanie nie jest specjalnością wyłącznie dla mężczyzn. Kobiety również stanowią dużą grupę naszych pacjentek.

Najczęściej zgłaszają się z powodu nawracających zakażeń układu moczowego oraz nietrzymania moczu. W obu tych przypadkach warto skonsultować się z urologiem, zwłaszcza jeśli dolegliwości nawracają lub mimo leczenia nie ustępują. Czasami pomoc lekarza podstawowej opieki zdrowotnej jest wystarczająca, ale zdarza się, że konieczna jest pogłębiona diagnostyka i leczenie specjalistyczne.

Jeśli chodzi o objawy alarmowe, są one bardzo podobne do tych występujących u mężczyzn. Każdy epizod krwiomoczu, a także niewyjaśniony krwinkomocz stwierdzony w badaniu ogólnym moczu, powinien skłonić do pilnej konsultacji urologicznej. Nie należy również lekceważyć utrzymujących się objawów dyzurycznych, takich jak pieczenie przy oddawaniu moczu, częstomocz czy naglące parcia. Choć najczęściej są one związane z infekcją, mogą również maskować znacznie poważniejsze schorzenia, w tym nowotwory układu moczowego.

Zawsze powtarzam pacjentkom, że lepiej wykonać jedno badanie za dużo niż przegapić moment, w którym chorobę można wykryć wcześnie i skutecznie leczyć. W urologii czujność i profilaktyka mają ogromne znaczenie – niezależnie od płci.

Jest pani członkinią Mensa Polska. Ponadprzeciętne zdolności analityczne pomagają przy stole operacyjnym, czy w medycynie równie ważne są intuicja, pokora i odporność psychiczna?

- Członkostwo w Mensie jest dla mnie ciekawostką, ale na sali operacyjnej samo wysokie IQ nie operuje pacjentów. W chirurgii znacznie większe znaczenie mają wiedza, doświadczenie, tysiące godzin spędzonych na bloku operacyjnym i umiejętność podejmowania trafnych decyzji pod presją czasu.

Oczywiście zdolności analityczne pomagają – chirurg przez cały czas analizuje sytuację, przewiduje kolejne etapy zabiegu i jest gotowy na różne scenariusze. Jednak równie ważne są pokora, opanowanie i świadomość własnych ograniczeń. Trzeba wiedzieć nie tylko, kiedy kontynuować operację, ale także kiedy zmienić strategię czy poprosić o pomoc.

Myślę, że dobrego chirurga definiuje nie jeden wyjątkowy talent, ale połączenie wielu cech: wiedzy, precyzji, odporności psychicznej, umiejętności pracy zespołowej i empatii wobec pacjenta. To właśnie ta kombinacja ma największe znaczenie – znacznie większe niż wynik jakiegokolwiek testu.

Co było dla pani trudniejsze: wejść do specjalizacji, w której kobiet jest mało, czy później udowodnić, że płeć nie ma znaczenia, gdy liczą się decyzje, precyzja i odpowiedzialność za pacjenta?

- Szczerze mówiąc, wejście do urologii nie było dla mnie najtrudniejsze. Już od początku studiów wiedziałam, że chcę zostać chirurgiem i pracować w specjalności zabiegowej. To był świadomy wybór. Rzeczywiście kobiet było wtedy niewiele, choć na szczęście ta sytuacja z roku na rok się zmienia.

Uważam, że w chirurgii najważniejsze nie są płeć ani stereotypy, ale predyspozycje – talent manualny, odporność psychiczna, umiejętność podejmowania decyzji pod presją oraz gotowość do ciągłej nauki. To zawód, który wymaga ogromnej pokory i wielu lat ciężkiej pracy.

Zaufania nie zdobywa się deklaracjami, tylko codzienną pracą. Myślę, że właśnie czas, doświadczenie i konsekwencja sprawiły, że dziś jestem oceniana przez kolegów przede wszystkim jako chirurg, a nie „kobieta chirurg”.

Przyznam jednak, że lubię przełamywać stereotypy i udowadniać, że pewne przekonania społeczne po prostu przestają mieć rację bytu. Bardzo cieszy mnie to, że coraz więcej kobiet wybiera specjalizacje zabiegowe. Wierzę, że różnorodność wzmacnia medycynę, a obecność kobiet na salach operacyjnych nikogo nie powinna już dziwić. Mam nadzieję, że swoim przykładem dodaję odwagi młodym lekarkom, aby nie rezygnowały z marzeń tylko dlatego, że ktoś kiedyś uznał daną specjalizację za „męską”. Chirurgia potrzebuje dobrych lekarzy – i dobrych lekarek. Im więcej będzie kobiet, które odważą się sięgać po ambitne cele, tym bardziej naturalny stanie się ich widok przy stole operacyjnym.

Gdy patrzy pani na Kolbuszową za kilka lat - z robotem Da Vinci, sztuczną inteligencją w diagnostyce i coraz większym doświadczeniem zespołu - czym ten szpital może jeszcze zaskoczyć pacjentów i środowisko medyczne?

- Jestem przekonana, że to dopiero początek. Robot Da Vinci nie jest dla nas metą, ale kolejnym etapem rozwoju. Chcemy, aby chirurgia robotyczna dynamicznie rozwijała się nie tylko w urologii, ale również w chirurgii ogólnej, tak aby jak najwięcej pacjentów mogło korzystać z nowoczesnych, małoinwazyjnych metod leczenia.

Równie ambitne plany mamy w obszarze działalności naukowej. Współpraca z Politechniką Rzeszowską już dziś przynosi bardzo wartościowe efekty i wierzę, że w najbliższych latach zaowocuje projektami, które będą miały realny wpływ na rozwój współczesnej medycyny. Chcielibyśmy, aby Kolbuszowa była kojarzona nie tylko z wysokim poziomem leczenia, ale również z innowacyjnymi badaniami naukowymi.

Mam również nadzieję na dalszy rozwój opieki onkologicznej. Marzy mi się ośrodek, w którym pacjent z chorobą nowotworową będzie mógł przejść całą ścieżkę leczenia – od nowoczesnej diagnostyki, przez leczenie operacyjne, aż po kompleksową opiekę onkologiczną – jak najbliżej swojego domu.

Myślę jednak, że największym zaskoczeniem nie będzie pojedyncza technologia, ale to, że nowoczesna medycyna na światowym poziomie może rozwijać się także w szpitalu powiatowym. Chcemy udowadniać, że o jakości leczenia nie decyduje kod pocztowy, lecz ludzie, ich pasja, odwaga i konsekwencja w dążeniu do celu. To jest nasza największa ambicja.

reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy
reklama
reklama
logo