Reklama

Najtrudniejsze jest to, co wydaje się najprostsze - rozmowa z Ryszardem Szilerem

Opublikowano:
Autor:

Najtrudniejsze jest to, co wydaje się najprostsze - rozmowa z Ryszardem Szilerem  - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

WIADOMOŚCI Jak sam o sobie mówi, nie lubi, kiedy nazywany jest artystą, bardziej czuje się rzemieślnikiem. Jego ikony znajdują się nie tylko w naszym regionie czy w Polsce, ale i w świecie. Ryszard Sziler wykonał pierwszą ikonę w 1988 roku dla siebie, jednak od 25 lat zajął się metaloplastyką na poważnie. Jak na amatora i polonistę liczba 700 wykonanych prac robi spore wrażenie.

Zacznijmy od początku, co to właściwie jest ikona?

- Moja ikona to obraz malowany na desce. Na deskę naciągane jest płótno, które później jest gruntowane, na tym powstaje obraz. Ja maluję najczęściej akrylem, czasami olejem. Rosyjska ikona, z którą wszystkim kojarzy się nazwa, malowana jest temperą. Jest to pigment rozrobiony z jajkiem. To bardzo stara technika.

 

Nie jest to często spotykane zajęcie. Skąd wziął pomysł na tworzenie ikon?

- Zobaczyłem kiedyś obrazy sakralne, które naprawdę mnie zaciekawiły. To nie są ikony typu prawosławnego. Prawosławni inaczej widzą taki obraz, dla nich to jest sakrament. Uważają, że każda ikona jest uosobieniem świętego, którego przedstawia i on poniekąd w niej żyje. Katolikom ikony służą głównie do ukierunkowania myśli podczas modlitwy. 

Większość obrazów sakralnych, z którymi mamy styczność w kościołach, szczególnie tych umieszczonych w ołtarzach głównych, miała dawniej taką okrywę, czyli "sukienkę". W zależności od zasobności parafian była ona srebrna, złota lub mosiężna. Przykrycia te były stosowane z różnych powodów. Chodziło nie tylko o ozdobę obrazu, ale i o jego zabezpieczenie. Podczas wojen zabierano wszystkie metale kolorowe, które po przetopieniu miały posłużyć jako amunicja czy inny wojenny sprzęt. Złoto czy srebro było zamieniane na pieniądze. Dlatego ikon z okrywami mamy dzisiaj tak mało. W Kolbuszowej też był niegdyś pięknie zdobiony obraz, który został obdarty przez Austriaków z sukien i wotów.

 

Nie ulega wątpliwości, że musi pan być blisko sztuki. Skąd jednak zafascynowanie tematyką sakralną?

- Od zawsze coś rysowałem, malowałem. Kiedyś zobaczyłem Matkę Boską Ostrobramską w książce, którą dostałem od cioci. Pamiętam, jak mówiono o tym obrazie w domu, ale nigdzie nie można było go zobaczyć, bo za czasów socjalizmu Wilno było tematem tabu i wyjazd do niego przypominał wyprawę za ocean. Raczej niemożliwą dla zwykłego człowieka. 

Kiedy zachwyciłem się tym obrazem, miałem 10 lat i pomyślałem wtedy: "ja bym to kiedyś zrobił". Dodam, że był to pierwszy obraz, który widziałem z nałożoną sukienką. Wtedy w okolicy nie było takich obrazów. Po prostu mnie urzekł.

 

Pamięta pan swoją pierwszą ikonę?

- Oczywiście, że pamiętam. Nigdzie jej nie oddałem. Została wykonana w maju 1988 roku. Mam do niej duży sentyment.

 

Jestem pewna, że to co pan tworzy wymaga długich chwil pracy. Można określić, ile czasu poświęca pan na wykonanie ikony?

- Nigdy nie liczę czasu, który poświęcam na jej zrobienie. Wszystko, co robię, jest ręczną robotą. Dlatego każdy element wymaga czasu.

 

Madonna z Puszczy w Ostrowach Tuszowskich, dar dla Ojca Świętego Jana Pawła II od rady powiatu kolbuszowskiego, to ikona, która trafiła do papieża, było to wielkie wyzwanie dla autora? 

- Kiedy pan starosta Lenart poprosił mnie, żebym zrobił coś, co można ofiarować Papieżowi, zacząłem szukać czegoś, co posiadałoby symbolikę tego miejsca. Wtedy przypomniałem sobie, że kiedyś czytałem o Matce Boskiej z Puszczy. Zdobyłem zdjęcie obrazu i później odwzorowałem je, dodając wymyślone okrywy. Tak powstała ikona, którą wręczono naszemu Rodakowi w Sandomierzu w 1999 roku.

 

Skąd czerpie pan inspiracje?

- Z wewnętrznej potrzeby przede wszystkim i z zamówień. Wyjaśnię tu, że bardzo rzadko robię "wariację na temat". Z zasady nie dokonuję zmian w obrazie, który zamierzam skopiować. Nie wprowadzam żadnych nowatorskich rozwiązań, ponieważ są pewne kościelne normy, których nie można zmienić. Za to okrywy, są absolutnie moje od początku do końca, a każda różni się głównie zdobieniem, które zwykle jest moim pomysłem. 

 

Wiemy, że przyjeżdżają do pana ludzie z gotowym obrazem, prosząc tylko o dorobienie okrywy czy korony. To dla pana lepsze rozwiązanie?

- Raczej nie przyjmuję takich zleceń. Wolę, kiedy robię wszystko od początku do końca i jest to moja 100 % praca. To jest moja pasja i robię to właściwie dla siebie. 

 

Patrząc na ikonę widzimy wiele zdobnictwa i mnóstwo detali. Co jest najtrudniejsze w jej wykonaniu? 

- Najtrudniejsze jest to, co wydaje się najprostsze. Przybicie blachy do deski. Bardzo często zdarzają się takie sytuacje, że zaczyna ona pracować i wyginać się gdzie nie trzeba.

 

Czyli mówimy o samym finiszu pracy...

- Tak, dlatego jest to najgorszy moment. Jeżeli wtedy coś nie wyjdzie, to jest już problem.

 

Z drugiej strony można powiedzieć, że jest to też przyjemny moment. 

- Ostatnie uderzenie młotkiem to duża satysfakcja. I wreszcie można odetchnąć. Wtedy jest chwila zadowolenia i spełnienia. Zawsze się dziwię, jak mi się to udało (śmiech). 

 

Bez wątpienia jest to odpowiedzialne zajęcie. Gdyby mógł pan odpowiedzieć, to jest praca czy przyjemność? 

- Przyjemność ciężkiej pracy, która wciąga.

 

Skąd pomysł na tak nietypowe dziś zajęcie? Skąd kunszt?

- Wydaje mi się, że Pan Bóg mnie natchnął do tego, mówię to całkiem serio. Kiedyś to zajęcie mi się spodobało i zacząłem je wykonywać, a właściwie próbować wykonywać. Od lat próbuję, ale jestem zupełnym amatorem w tej dziedzinie, nigdy się tego nigdzie nie uczyłem, ale jak to mówią: nie święci garnki lepią. 

 

Proszę powiedzieć, która z ikona była najbardziej wymagająca?

- Kiedyś dostałem zamówienie na dokładną kopię Matki Boskiej Ostrobramskiej. Początkiem lat 90. przyjechała wilnianka, która znała od dziecka ten obraz. Chciała jego kopię ufundować jako wotum za uratowanie swej córki z poważnej choroby. Mówiła, że jeździła po całej Polsce i zwracała się do bardzo różnych ludzi, szukała kopistów po Litwie i Białorusi, jednak nikt się tego nie podjął. 

Ponieważ lubię wyzwania, to się tego podjąłem. Chciałem oddać każde drobne załamania szaty, zrobić wszystko tak, jak jest w oryginale. Był to duży obraz, gdzie nie było aż tak wiele małych detali, ale wymagał wiele, wiele pracy. Teraz dzieło wisi w Rzeszowie w kościele Opatrzności Bożej.

 

Zdarzyło się panu pracować na złocie?

- Najczęściej sukienki robione są w mosiądzu, ale raz jeden pracowałem w czystym,           24-karatowym złocie. Była to okrywa na obraz w Komorowie pod Warszawą. Złoto jest za miękkie i zbyt plastyczne. Wolę jednak pracować w mosiądzu i później go pozłocić. Wymaga to dodatkowego czasu, ale końcowy efekt wypada lepiej. 

 

Jak można nazwać technikę, którą Pan wykorzystuje?

- Jest to rodzaj metaloplastyki nazywanej repuserstwem. Rzadko teraz używa się tego słowa, bo właściwie nie ma już tego zawodu. Umarł śmiercią naturalną, ponieważ nie ma wielkiego zapotrzebowania na tego typu usługi.

 

Czy teraz prośba o kolejną ikonę to dalej wyzwanie czy z takim doświadczeniem to już nic trudnego? 

- Każda ikona jest wyzwaniem i wielką przygodą, ponieważ ja do tego podchodzę szalenie serio. 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

Zarejestruj się w serwisie, aby korzystać z rozszerzonych możliwości portalu m.in. czytać ekskluzywne materiały PREMIUM dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników i prowadzić dyskusję na portalowym forum i aby Twoje komentarze były wyróżnione.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE