Sprawa zwierząt z Jagodnika wstrząsnęła mieszkańcami regionu. Na jednej z posesji ujawniono łącznie 31 psów, które wymagały pilnej pomocy. Zwierzęta były odbierane i przewożone do schronisk oraz miejsc, gdzie mogą otrzymać opiekę, jedzenie, diagnostykę i leczenie.
W piątek, 17 lipca, rozmawialiśmy z Marianem Posłusznym, zastępcą wójta gminy Cmolas. Samorządowiec przekazał nam nowe informacje dotyczące tej interwencji.
Zabrano także koty
Jak informuje Marian Posłuszny, w czwartek, 16 lipca, z posesji zabrano jeszcze cztery koty.
Koty są ogólnie w dużo lepszej kondycji niż psy, jednak wymagają leczenia - przekazał nam zastępca wójta gminy Cmolas.
To oznacza, że interwencja nie dotyczyła wyłącznie psów. Na miejscu były również inne zwierzęta, które także potrzebują opieki.
Sześć psów ma trafić do Żyrardowa
Według informacji przekazanych przez Mariana Posłusznego, w piątek, 17 lipca, sześć psów ma zostać odebranych i przewiezionych do schroniska w Żyrardowie.
Pozostałe psy już wcześniej trafiały do schronisk i miejsc, w których rozpoczęto opiekę nad nimi. Część zwierząt, jak informowaliśmy, była w bardzo złym stanie. Schroniska opisywały je jako wychudzone, przerażone, z problemami skórnymi i wymagające długiego leczenia.
Ogromne koszty dla gminy
Interwencja oznacza nie tylko dramat zwierząt i działania służb, ale także bardzo wysokie koszty dla samorządu. Jak przekazał nam Marian Posłuszny, za jednego psa gmina musi zapłacić około 4500-5000 zł za pobyt w schronisku. Do tego dochodzą jeszcze koszty leczenia.
Szacunkowo, przy tak dużej liczbie zwierząt, łączna kwota może wynieść około 200 tys. zł, a nawet więcej.
To pokazuje skalę problemu. Każde odebrane zwierzę wymaga transportu, miejsca w schronisku, karmy, opieki, badań i często leczenia. W przypadku tak zaniedbanych psów koszty rosną bardzo szybko.
„Trudno komukolwiek pomóc, jak ktoś nie chce pomocy”
Zastępca wójta odniósł się także do pytania, czy urząd wcześniej wiedział o sytuacji na posesji. Jak przekazał, mężczyzna, który był właścicielem psów, nie zwracał się do nikogo z prośbą o pomoc.
Nie zwrócił się do nikogo wcześniej z prośbą o pomoc. Sąsiedzi i nikt nie wiedział o tak trudnej sytuacji. Gdyby urząd dowiedział się odpowiednio wcześniej, z pewnością zareagowałby i pomógł mieszkańcowi Jagodnika - mówi Marian Posłuszny.
Jak dodaje, problem polegał również na tym, że nikt nie miał wiedzy o rzeczywistej skali tego, co działo się na posesji.
Trudno komukolwiek pomóc, jak ktoś nie chce pomocy - podkreśla zastępca wójta.
Sprawa jest już w prokuraturze
Jak informowaliśmy wcześniej, zawiadomienie w sprawie psów z Jagodnika trafiło już do Prokuratury Rejonowej w Kolbuszowej. To prokurator będzie teraz analizował dokumentację i ustalał, czy w tej sprawie doszło do przestępstwa.
Kluczowe będzie wyjaśnienie, w jakich warunkach przetrzymywano zwierzęta, jak długo mogły trwać zaniedbania i kto ponosi za nie odpowiedzialność.
Sprawa z Jagodnika ma więc kilka wymiarów: dramatyczny los zwierząt, pytania o to, jak długo nikt nie znał pełnej skali problemu, działania gminy i służb oraz ogromne koszty, które teraz trzeba ponieść, aby uratować psy i koty. Jedno jest pewne: dla tych zwierząt pomoc przyszła bardzo późno, ale teraz każdy kolejny dzień może decydować o ich powrocie do zdrowia.
Komentarze (0)