Czego najbardziej obawiasz się przed referendum – niskiej frekwencji czy tego, że mieszkańcy opowiedzą się przeciw odwołaniu władz powiatu?
- Obawa to złe słowo, wśród członków komitetu nie ma obaw czy strachu, jest nadzieja i optymizm, bo to one dają nam siłę do ciężkiej pracy. Zawsze jest ryzyko przegranej, ale nikt z nas się nie boi porażek, bo to one budują. I nawet jeśli referendum będzie niewiążące, to w Kolbuszowej i powiecie zaczęło się dziać coś pozytywnego, co zaprocentuje, jeśli nie teraz, to w 2029 roku. Odpowiadając już precyzyjnie, to obawa o frekwencję wiąże się z terminem referendum. Wkraść się może wakacyjna apatia, która może nie sprzyjać frekwencji, a to ona jest kluczowa w naszym referendum. Jest też ryzyko, że część mieszkańców da się zniechęcić strachami, dezinformacją albo klasycznym „i tak nic się nie zmieni” - a takie narzędzia stosują właśnie radni i starosta w tym momencie. Siedem tysięcy podpisów to nie przypadek. To sygnał, że w powiecie pękła bariera strachu. Mieszkańcy wiedzą, jak wyglądało zarządzanie przez ostatnie lata - od polityczno-towarzysko-biznesowych zależności, przez kolejne kompromitujące sytuacje, po brak realnej kontroli Rady nad starostą. Jeśli ludzie przyjdą do urn, to zagłosują za rozliczeniem.
Jeżeli do urn pójdzie zbyt mało osób i referendum okaże się nieważne, odbierzesz to jako porażkę inicjatorów?
- Nie. Porażka jest nieodzownym doświadczeniem każdego człowieka. Ten, kto umie z porażek wyciągać wnioski, potrafi robić duże rzeczy. Nie baliśmy się podjąć próby, kiedy nikt w sukces zbiórki podpisów nie wierzył. Tak samo nie boimy się obecnej sytuacji. Liczymy też, że strachu nie ma także wśród mieszkańców powiatu, bo ta władza, którą dzisiaj dzierży starosta i radni, pochodzi z woli mieszkańców i to oni mają dzisiaj władzę decydować (w referendum), czy im ją odebrać. Czy nadal ma rządzić obecny układ, czy dać powiatowi szansę i rozpisać nowe wybory. Inicjatorzy, a przede wszystkim mieszkańcy, którzy zbierali podpisy, zrobili już ogromną robotę: pokazali, że da się zmobilizować tysiące osób przeciwko układowi, który wydawał się nie do ruszenia. Ja wierzę, że frekwencja dopisze. Ludzie wreszcie poczuli, że mają realny wpływ na to, co się dzieje w starostwie powiatowym w Kolbuszowej.
Dopuszczasz dziś możliwość, że źle oceniliście nastroje mieszkańców i poparcie dla odwołania Rady Powiatu oraz starosty?
- Nie. Nastroje oceniliśmy realistycznie - świadczy o tym zbiórka podpisów i liczne rozmowy z mieszkańcami, jakie wtedy odbyliśmy. Mieszkańcy mieli dużo czasu, żeby przyjrzeć się bucie i arogancji, jaka płynęła z sesji rady powiatu czy z obsługi interesantów w starostwie powiatowym. Oczywiście zawsze istnieje element niepewności, bo władza ma swoje metody demobilizacji: cenzura prewencyjna w instytucjach, które do tej pory informowały o podobnych inicjatywach, zrywanie naszych banerów i plakatów informujących o referendum, zniechęcanie do udziału w referendum przez starostę, radnych i innych lokalnych polityków, także związanych z gminą Kolbuszowa, ale diagnoza była i pozostaje jasna - mieszkańcy chcą zmian i chcą rozliczeń, a pokazywanie im palcem, jak mają się zachowywać, zawsze działa źle. Taka już nasza polska natura, że jesteśmy przekorni, i wierzę, że również tym razem mieszkańcy powiatu pokażą, że myślą samodzielnie, a nie pod dyktando lokalnego układu.
Jeśli referendum się nie powiedzie, będziesz gotów przyznać, że decyzja o jego organizacji była błędem?
- Absolutnie nie. Dlaczego błędem? Decyzja o referendum była konieczna i słuszna. Oddaliśmy głos mieszkańcom. Nawet jeśli wynik nie będzie wiążący, to i tak będzie to historyczny moment - pierwszy raz od lat ktoś realnie rzucił wyzwanie temu układowi. Lepiej spróbować i dać ludziom szansę, niż siedzieć cicho i udawać, że wszystko jest w porządku. Błędem byłoby milczenie albo danie się podporządkować temu układowi - a to mi zarzucano, że Buczek poukładał się z Chmielowcem, Kardysiem czy Romaniukami. Nie ma takiej opcji. Styl polityki uprawianej przez wyżej wymienionych jest mi obcy i nie mam zamiaru mieć z nim nic wspólnego, nawet jeśli często mamy podobne konserwatywne poglądy, to jednak metody ja mam inne. Powiat trzeba oddać mieszkańcom i o to idzie w tym referendum. Idzie o to, czy coś się tutaj zmieni, czy będzie jak do tej pory i pozostanie.
Co będzie dalej, jeśli nie uda się osiągnąć celu referendum? Zamierzacie nadal działać na rzecz zmian w powiecie, czy uznacie temat za zamknięty?
- Temat nie jest zamknięty w żadnym scenariuszu. Jeśli referendum zakończy się sukcesem - zaczynamy nowy rozdział i realną zmianę. Jeśli nie - kontynuujemy kontrolę, monitoring, ujawnianie nieprawidłowości i budowanie alternatywy. Konfederacja, ale przede wszystkim oddolnie mieszkańcy, którzy się w to zaangażowali, nie znikną. Będziemy działać dalej - w radach, w przestrzeni publicznej, przed kolejnymi wyborami. Układ, który rządzi tu od lat, musi poczuć, że bezkarność się skończyła. Referendum to pierwszy, ważny krok, ale na pewno nie ostatni. Dziękuję mieszkańcom za odwagę. 30 sierpnia decyzja należy do Was.
Komentarze (0)