Cała sytuacja to logistyczny majstersztyk i podręcznikowy przykład, jak przekombinować i strzelić sobie gola samobójczego przed pierwszym gwizdkiem. Pierwotnie mecz miał odbyć się w idealnych warunkach – w sobotę o godzinie 12:00, czyli w pełnym, darmowym słońcu. Sokółki poszły jednak organizatorom na rękę i zgodziły się na zmianę terminu. W ten sposób pojedynek rozpoczął się w niedzielę o godzinie 17:00. Nasza drużyna nigdy wcześniej nie grała na tym stadionie i jechała tam z przekonaniem, że skoro gra się wieczorem, to spotkanie odbędzie się przy sprawnym sztucznym oświetleniu. Żeby ten plan miał jakiekolwiek szanse powodzenia jesienią, wystarczyło zacząć chociaż godzinę wcześniej – tym bardziej że zachód słońca 18 października przypadał dokładnie na godzinę 17:36 (a zmierzch robił swoje w mgnieniu oka). Niestety, pójście na rękę skończyło się błądzeniem po omacku, a organizatorów – niczym drogowców zimą – najwyraźniej zaskoczył fakt, że słońce pod koniec dnia po prostu zachodzi.
Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że już przed meczem kierownik drużyny gospodarzy lojalnie zaznaczył, iż oświetlenie na stadionie nie jest zatwierdzone przez komisję licencyjną. Zespół z Kolbuszowej Dolnej, nie chcąc jednak nikomu robić pod górkę po dżentelmeńsku zgodził się rozegrać spotkanie. Wygląda na to, że przysłowie „ustąp głupszemu” (lub w tym przypadku: słabiej oświetlonemu) zemściło się na nich w najciemniejszy możliwy sposób.
Co więcej, samo spotkanie od samego początku miało pod górkę i generowało spore napięcie – rozpoczęło się z 10-minutowym opóźnieniem, ponieważ pani sędzina główna z głębokim namysłem analizowała sytuację i zastanawiała się, co z tym fantem zrobić. Jak się okazało, jej przedmeczowe przeczucia były w pełni uzasadnione.
Gdy słońce schowało się za horyzontem, zawodniczki zaczęły grać „na wyczucie”. Trener Sokoła Kolbuszowa Dolna, Jakub Ozimek, z wysokości ławki rezerwowych nie do końca widział już nawet własne zawodniczki, co stawiało pod znakiem zapytania jakiekolwiek instrukcje taktyczne. Żeby było zabawniej, stadion Dębu formalnie posiadał sztuczne światło. Problem w tym, że te awangardowe lampy wisiały niezwykle nisko, a generowana przez nie liczba luksów mogłaby co najwyżej stworzyć nastrojowy klimat w sypialni albo rozświetlić romantyczną kolację, a nie ligowe boisko.
Gdy murawa zaczęła przypominać plan niskobudżetowego horroru, z bohaterską inicjatywą przedwczesnego zakończenia meczu wyszły sędziny liniowe. Arbitrzy boczni w tych egipskich ciemnościach nie byli już po prostu w stanie rzetelnie zasygnalizować pozycji spalonych – zgadywanie na podstawie dźwięku kopniętej piłki i krzyku zawodniczek nie przeszło. Główna rozjemczyni uznała, że zabawa w chowanego to jednak inna dyscyplina sportu, podjęła jedyną słuszną decyzję i przerwała spotkanie z powodu fatalnej widoczności.
A miało być tak pięknie. Sokółki radziły sobie świetnie, a prowadzenie naszej drużynie zapewniła Gosia Kot, która jako jedna z niewielu zdołała zlokalizować piłkę i bramkę rywalek w zapadających ciemnościach.
Co dalej?
Teraz losy tego „mrocznego” widowiska leżą w rękach Wydziału Gier Polskiego Związku Piłki Nożnej. To właśnie centralne organy w Warszawie będą musiały rozstrzygnąć, jak ukarać organizatorów za ten niesamowity, ekologiczny pokaz oszczędności na prądzie. Zamiast dokończenia meczu w goglach noktowizyjnych, piłkarki z Kolbuszowej Dolnej spodziewają się raczej szybkiego i bezbolesnego przyznania punktów za zielonym stolikiem.
Komentarze (0)