Przypomnijmy, że referendum w sprawie odwołania Rady Powiatu Kolbuszowskiego odbyło się 30 sierpnia. Do urn poszło 9393 mieszkańców, jednak głosowanie było nieważne z powodu nieosiągnięcia wymaganego progu frekwencji. Aby referendum było wiążące, udział musiało wziąć co najmniej 14 885 osób.
Spośród ważnych głosów aż 9166 mieszkańców opowiedziało się za odwołaniem rady, a 180 było przeciw.
Dzień po głosowaniu Tomasz Buczek podczas konferencji prasowej na rynku w Kolbuszowej mówił o „sile mieszkańców”, która - jego zdaniem - została pokazana podczas referendum.
Do jego słów odniósł się później poseł Zbigniew Chmielowiec.
Chmielowiec: referendum było elementem budowania zaplecza
Poseł w swoim komentarzu przyznał, że wynik referendum należy uszanować, ponieważ mieszkańcy mają prawo wyrazić swoje zdanie.
Jednocześnie skrytykował sposób, w jaki Tomasz Buczek podsumował wynik głosowania. Chodziło przede wszystkim o słowa europosła, który porównał liczbę osób uczestniczących w referendum z wynikiem, jaki uzyskał w powiecie kolbuszowskim w wyborach do Parlamentu Europejskiego.
Zdaniem Chmielowca taka wypowiedź miała pokazywać, że referendum było nie tylko inicjatywą społeczną, ale również elementem budowania własnego środowiska politycznego.
Utwierdza mnie to w przekonaniu, że referendum było przede wszystkim elementem budowania własnego politycznego zaplecza - opartego na populistycznych hasłach, wzbudzaniu emocji i szukaniu przeciwnika, a nie na konkretnych rozwiązaniach i realnej pracy na rzecz mieszkańców - napisał poseł.
Chmielowiec ocenił również, że mieszkańcy zostali „wciągnięci w szerszą polityczną grę”.
Buczek: „Tak, zaplecze obywateli jest potrzebne”
Tomasz Buczek odpowiadając na te zarzuty przyznał, że po referendum powstała grupa osób, z którymi chce dalej współpracować, ale - jak podkreślił - nie jest to wyłącznie jego polityczne zaplecze.
Tak, zaplecze obywateli jest potrzebne, jeśli chce się budować projekt samorządowy służący obywatelom - odpowiedział.
Jak zaznaczył, właśnie taki projekt ma być efektem pracy osób zaangażowanych w referendum.
A taki projekt zapowiedzieliśmy wraz z koleżankami i kolegami z komitetu referendalnego - dodał.
Europoseł przekonywał, że referendum pozwoliło poznać wiele osób, które wcześniej nie angażowały się publicznie, ale chcą mieć wpływ na sprawy lokalne.
Są to osoby młodsze i starsze, mieszkańcy zorganizowani w KGW i OSP, przedsiębiorcy i pracownicy organów gminnych i powiatowych. Są to osoby ambitne, odważne z otwartymi umysłami, które chcą zmieniać powiat i gminy na lepsze - mówił.
Jak zapowiedział, to właśnie z tymi osobami środowisko referendalne chce działać w kolejnych latach.
I to z nimi będziemy to robić za 3 lata w wyborach samorządowych - stwierdził.
„Gdy mieszkańcy mówią dość, nagle okazuje się, że to polityczna gra”
Buczek odniósł się również bezpośrednio do zarzutu, że referendum było elementem jego politycznej działalności.
Jego zdaniem takie podejście pomija niezadowolenie części mieszkańców.
Gdy mieszkańcy przez lata milczą, to taka sytuacja jest posłowi i jego kolegom na rękę. Gdy mieszkańcy zbierają 7 tysięcy podpisów pod wnioskiem referendalnym i 9166 osób idzie do urn, by powiedzieć „dość”, nagle okazuje się, że to jakaś polityczna gra - mówił.
Dodał, że jego zdaniem wynik referendum nie powinien być sprowadzany wyłącznie do faktu, że głosowanie nie było ważne.
To nie jest „moje zaplecze”, to są mieszkańcy powiatu zmęczeni obecnym samorządem powiatowym - przekonywał.
Według Buczka osoby, które przyszły do urn, reprezentowały różne środowiska i nie można ich utożsamiać wyłącznie z jednym ugrupowaniem politycznym.
Spór o wynik referendum
Poseł Chmielowiec zwracał uwagę, że choć większość głosujących była za odwołaniem rady, to zdecydowana większość uprawnionych mieszkańców nie wzięła udziału w referendum.
Buczek inaczej interpretuje ten wynik. Podkreśla przede wszystkim liczbę głosów oddanych za odwołaniem.
9166 mieszkańców powiedziało, że chce zmian. To jest jasny sygnał, którego nie można ignorować - przekonywał.
Jego zdaniem mieszkańcy pokazali, że oczekują innego sposobu funkcjonowania samorządu.
Buczek odpowiada w sprawie kosztów referendum
Kolejnym punktem sporu była kwestia kosztów organizacji referendum. Chmielowiec pytał, czy blisko 450 tys. zł przeznaczone na przeprowadzenie głosowania nie mogło zostać wykorzystane np. na potrzeby szpitala.
Buczek uznał ten argument za próbę przedstawienia referendum wyłącznie przez pryzmat wydatków.
Demokracja lokalna ma swoją cenę. Mieszkańcy mają prawo rozliczać władzę, która ich reprezentuje - odpowiedział.
Europoseł przekonywał, że referendum było legalnym narzędziem przewidzianym w przepisach i mieszkańcy mieli prawo z niego skorzystać.
Jego zdaniem, gdyby wcześniej było więcej dialogu między władzami powiatu a mieszkańcami, do referendum mogłoby nie dojść.
„Skąd ta nagła poprawa komunikacji?”
Buczek odniósł się również do słów Chmielowca, który przyznał, że w ostatnim czasie poprawiła się komunikacja władz powiatu z mieszkańcami.
Europoseł zwrócił uwagę, że taka zmiana nastąpiła właśnie w czasie kampanii referendalnej.
Ciekawe, skąd ta nagła poprawa? Z dobrej woli czy z 7 tysięcy podpisów i 9 tysięcy głosów? - pytał.
Według niego referendum pokazało, że mieszkańcy chcą większego wpływu na decyzje samorządu.
Buczek zapowiada dalsze działania
Na koniec Tomasz Buczek podkreślił, że referendum nie kończy jego zaangażowania w sprawy powiatu kolbuszowskiego.
Zapowiedział dalszą działalność oraz budowę środowiska, które ma wystartować w kolejnych wyborach samorządowych.
Nie prowadzę polityki dla samej władzy w powiecie. Mam obowiązki w Parlamencie Europejskim, ale nie odpuszczę tematu jakości samorządu w miejscu, z którego pochodzę - podsumował.
Według europosła referendum było początkiem większego ruchu mieszkańców. Według Zbigniewa Chmielowca - przede wszystkim elementem politycznej walki.
Spór o to, jak interpretować wynik głosowania z 30 sierpnia, najwyraźniej jeszcze się nie zakończył.
Komentarze (0)